poniedziałek, 5 września 2011

turban

Dzisiejszą kolację zjadłem w Turbanie. Znaczy się nie ubrałem sikhijski turban tylko poszedłem do knajpki o takiej nazwie. Żarcie mają znośne ale jakiegoś specjalnego szału nie ma. Dostałem za to kupon na browar przy następnej wizycie i żal byłoby go nie zrealizować więc pewnie jeszcze się tam pojawię ;)

Japonia generalnie jest dobrym miejscem jeśli chodzi hinduskie jedzenie. Wrocław pod tym względem trochę kuleje. Kilka lat temu pojawiły się pierwsze hinduskie restauracje z prawdziwego zdarzenia (tj. prowadzone przez Hindusów z krwi i kości) ale wybór na razie jest mizerny. Tutaj wybór jest dość bogaty a do tego można w miarę bezpiecznie próbować różnych hinduskich wynalazków. Czemu bezpiecznie? Ano dlatego, że mimo wszystko, w odróżnieniu od tego co miałem okazję doświadczyć w Nepalu i Indiach, jest tu względnie czysto i higienicznie (choć polski Sanepid połowę knajp i tak by od razu zamknął). W Indiach i Nepalu żarcie było wyśmienite (z małym wyjątkiem - o tym ciut niżej) ale co z tego skoro większości dań strach było tknąć, bo wszystko co nie gotowane lub pieczone w wysokiej temperaturze jawiło się jako potencjalna trucizna. Nawet taki przysmak jak mango lassi musiał pozostać jedynie w sferze marzeń bo wypicie surowego jogurtu mogło zakończyć się tylko w jeden sposób...mango sraczką :)

~~~~~~

Skoro mowa o wyjątkach. Nie zawsze jedzenie w Nepalu było tak wyśmienite jak to serwowane w nepalskich restauracjach na całym świecie. Tak wyglądało nasze śniadanie (uwaga) wielkanocne w Himalajach:


Skład: 
  • tosty z cholera wie czego smażone na oleju pamiętającym czasy, w których tymi terenami władała brytyjska Królowa
  • pomidor i cebula wniesione na plecach tragarzy kilka tysięcy metrów w górę
  • jajko-pisanka mojego autorstwa - zajęła drugie miejsce w konkursie na pisankę a musicie wiedzieć, że jury było bardzo wymagające. Jaja oceniali nasi nepalscy przewodnicy. Drogę na podium utorowałem sobie doskonałymi napisami po nepalsku (i co z tego, że przepisałem to z jakiegoś banknotu i jajo było prawnym środkiem płatniczym wydanym przez Bank Nepalu, haha, liczy się efekt)
  • kawałek starego chleba z Polski, który ktoś przemycił w góry - mimo że na pewno był dawno po terminie przydatności do spożycia to smakował jak nigdy
  • kabanos z Polski - po dwóch tygodniach podróży tak suchy, że szło sobie nim wybić zęby...
  • czekoladopodobny króliczek
Tak żywiliśmy się przez całe dwa tygodnie spędzone w górach i śniadanie wielkanocne nie było wyjątkiem (no może poza czekoladowym zajączkiem). Dopiero po powrocie do Kathmandu mogliśmy zjeść coś normalnego. Po takich "delikatesach" nawet najgorsze żarcie jawi się niczym wykwintne danie.

Skoro już jesteśmy w temacie gór, to w środę i czwartek zapowiada się niezła pogoda...może by tak wziąć urlop i skoczyć na Fuji?.... ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz