niedziela, 4 listopada 2012

Wileńsczyzna czyli zabieramy dupę w Troki


Ha - kubala żyje i nadaje. Po dłuższej przerwie wracam do blogowania. W troszkę innej formie niż dotychczas bo nadaję z Polski. Będzie o podróżach - tych małych i tych dużych. Tych odbytych i tych które dopiero się odbędą. Na początek zapraszam wszystkich starych czytaczy na mojego nowego bloga http://tabito.pl/ na relację z Wileńszczyzny na Litwie.

Blog startuje od zera ale obiecuję, że za chwilę będzie na nim dużo więcej. Od powrotu z Japonii odwiedziłem już ponad 10 krajów i uzbierało się sporo nowego materiału. W zanadrzu mam wciąż wspomnienia z moich starych wypadów (chociażby w Himalaje). Będzie się działo :)

Zapraszam.

http://tabito.pl/

wtorek, 31 stycznia 2012

poniedziałek, 30 stycznia 2012

owari

To już jest koniec. Koniec mojej przygody z Japonią i koniec tego bloga. Czas się spakować i jutro z samego rana wyruszyć do (jak na złość) wyjątkowo mroźnej Polski. Czy mam dość Japonii ? I tak i nie.

Japonia bywa męcząca - dopóki nie opanuje się języka na tyle dobrze by móc swobodnie rozmawiać Japonia będzie katorgą. Co gorsza - o wiele łatwiej jest tutaj przetrwać gdy nie zna się języka w ogóle. Mamy po prostu wszystko gdzieś. Problemy zaczynają się gdy język i wszelakie pokręcone normy kulturowe się choć odrobinę pozna. Dopiero wtedy widać jak bardzo się od siebie różnimy i jak ciężko jest przestawić się na japoński sposób myślenia. Bywało zabawnie ale w większości przypadków moje zmagania z tutejszą rzeczywistością bardziej przypominały tragikomedię. Z drugiej strony - jeśli przymknąć oko na pewne niedogodności Japonia okaże się fantastycznym miejscem. Podróż tutaj to jak podróż na inną planetę. Gdy już wydaje nam się, że znamy wszystko, Japonia wyciąga "z kapelusza" coś o czym nam się nawet nie śniło. Gdybym miał wybrać uczucie, które najczęściej towarzyszyło mi przez te pół roku (i kilka poprzednich wizyt) byłoby to zdecydowanie coś w rodzaju "ożesz k...a - niemożliwe!" :-)

No i te góry. Gór będzie mi brakowało najbardziej. Jest jeszcze tyle miejsc, w których nie byłem. Tyle szlaków  i tyle onsen do odwiedzenia na zakończenie wędrówki. Do tego Fuji. Można powiedzieć, że tutaj stałem w drobnym ułamku prawdziwym Japończykiem - zapałałem prawdziwą obsesją do Fuji :-)

Czego mi jeszcze będzie brakować? Poza promieniowaniem radioaktywnym (bardzo ładną opaleniznę od niego złapałem, hehe) to na pewno niesamowitego transportu publicznego - mimo drobnych niedogodności jest to chyba najlepiej zorganizowany transport publiczny na świecie. Punktualny, czysty, czasem lekko zwariowany ale zdecydowanie taki na którym można polegać. Będzie mi też brakować jedzenia. Nie sushi ale chizu tonkatsu, gyoza, ramen, soba i udon, unagi, sprzedawanego wprost na ulicy bento, onigiri i przede wszystkim ryżu. Ryżu, którego nie idzie dostać w Polsce a który smakuje zupełnie inaczej niż ryżowe odpadki, które znamy z Europy. Umeshu nie będzie mi brakować, bo zabieram ze sobą kilka butelek do Polski, hehe :-)

Będzie mi również brakować  "japońskiej ruletki". "Japońska ruletka" to wykute przeze mnie określenie na to, co bardzo często robiłem przy okazji robienia zakupów albo zamawiania jedzenia. Dość często zdarza się (zwłaszcza jak pierwsi odezwiemy się po japońsku), że kelner lub sprzedawca zadaje nam jakieś pytanie. Gdy nie rozumiemy o co pyta mamy dwie możliwości. Zrobić gaijińską minę nr 4 pt. "jestem głupi i nie wiem co do mnie mówisz" albo zaryzykować i zagrać w "japońską ruletkę". To drugie oznacza wybranie losowo odpowiedzi "hai" (tak) lub "iie" (nie). Najfajniejszy moment to oczekiwanie na to co trafiliśmy (i obserwowanie zdegustowanej miny obsługującej nas osoby). Bywa różnie ale zawsze jest zabawnie. Raz wprawiłem kelnera w niezłe zakłopotanie, bo na pytanie czy do herbaty życzę sobie cytrynę czy mleko, odpowiedziałem całkiem bezsensownym "hai". Jego mina - bezcenna - niestety wrodzona japońska grzeczność nie pozwoliła mu wyzwać mnie od kretynów :-)

Czego nie będzie mi brakować? Japońskiego szowinizmu. Tutaj nie zmieniło się nic. Niestety jest to część japońskiej rzeczywistości i czy się to nam podoba czy nie trzeba się do tego przyzwyczaić. No bo co zrobić gdy w urzędzie imigracyjnym obsługującym wyłącznie cudzoziemców i wydającym zezwolenia na ponowny wjazd do Japonii, nikt nie raczy odezwać się po angielsku albo gdy wchodzicie do onsen na jakimś zadupiu i momentalnie milkną wszystkie rozmowy. Panuje kompletna cisza i wszystkie oczy wlepione są właśnie w was? Albo wszyscy nagle uciekają? To nie opowieści z przeszłości - to teraźniejszość, której dane mi było być świadkiem. Z drugiej strony jest to coś czego trudno doświadczyć gdzie indziej i mimo, że zabrzmi to dziwnie, cieszę się, że udało mi się poznać Japonię z tej drugiej strony - często niedostępnej dla zwykłego turysty.

Można powiedzieć, że w zasadzie od czasu jak tu przyleciałem nie zmieniło się nic. Od kiedy tylko trochę lepiej poznałem Japonię, zawsze towarzyszyła mi mieszanka zachwytu i nienawiści. Japonia z jednej strony urzeka a z drugiej strony wymierza dotkliwego kopniaka w dupę. Żadne inne miejsce nie wywołuje u mnie dwóch tak skrajnych i przeciwstawnych emocji. I za to uwielbiam to miejsce. Jest niepowtarzalne.

~~~

To już koniec tego bloga. Więcej nie będzie. Wszystkie zdjęcia z Japonii, zarówno z tego roku jak i poprzednich lat znajdziecie na moim skrawku picassy. Dziękuję wszystkim czytającym a zwłaszcza komentującym. Czas wrócić do polskiej rzeczywistości. W porównaniu do tej japońskiej wcale takiej nie najgorszej (może poza trzaskającym mrozem) ;)


Sayonara!


~~~


Na deser - ostatnie już gaijińskie "ożesz k...a - niemożliwe!" - jodłujący Japończycy - w piątek widziałem jednego "na żywo" :-)

sobota, 28 stycznia 2012

umeshu

Żałoba w Tokyo. Przynajmniej w naszym biurze. Znany nam od lat bar umeshu w Takadanobaba zamyka swoje podwoje. Ayano, właścicielka, która od lat dzielnie prowadziła swój maleńki bar (tak mały że wchodzi tam co najwyżej kilkanaście osób) wychodzi za mąż i zdecydowała się porzucić swój dotychczasowy biznes. Szkoda. Wielka szkoda. Było to (a w zasadzie to do końca stycznia jeszcze jest) jedno z najbardziej klimatycznych miejsc w Tokyo jakie znam.

Jako, że spędzaliśmy tam sporo czasu postanowiliśmy wczoraj trochę pomóc Ayano przy likwidacji baru. Co prawda nasza pomoc ograniczyła się jedynie do opróżniania butelek umeshu ale byliśmy za to bardzo skuteczni. Baaaaardzo skuteczni. Dodatkowo, w wyniku bardzo skrupulatnie przeprowadzonych badań naukowych potwierdzonych licznymi eksperymentami stwierdzam iż umeshu nie powoduje kaca. A przynajmniej nie, jeśli zagryzie się je podwójną porcją gyoza kupioną gdzieś na mieście o 5 nad ranem :)

Umeshu to likier wytwarzany ze śliwek (czy jak tam twierdzi wikipedia - moreli). Nawet nie zdajecie sobie sprawy ile przeróżnych smaków i aromatów może mieć umeshu. Wczoraj - mimo usilnych prób - udało nam się spróbować jedynie ok 15 różnych umeshu. Na oko to jakaś połowa tego co stało za barem. Na więcej brakło nam czasu i sił ;)

Cały bar:


Ayano i skromny fragment bogatej kolekcji butelek umeshu :)

piątek, 27 stycznia 2012

fuyu

Setsubun to festiwal wyznaczający niejako początek wiosny. Dwa lata temu w okolicach setsubun było już ok. 20 stopni, kwitły pierwsze drzewa (wydaje mi się, że były to ume - śliwy). Teraz mamy 5 stopni, gdzieniegdzie w Tokyo leży śnieg i wiosny raczej nie widać. Jak by tego było mało, po powrocie z Fidżi dopadło mnie jakieś przeziębienie i cały tydzień chodzę z gilem do pasa i smarczę. A taki miałem chytry plan by uciec przez srogą polską zimą - prawie się udało.

~~~

Wczoraj wykonałem dość popisowy numer kaskaderski. Przebiegając przez ulicę wbiegłem w pełnym biegu w barierkę oddzielającą chodnik od jezdni. Nie wiem czemu jej nie zauważyłem? Nogi zatrzymały mi się na barierce, reszta poleciała do przodu. Koledzy, po tym jak już pozbierali się ze śmiechu z ziemi, stwierdzili, że jak nic coś sobie złamałem. O dziwo skończyło się tylko na siniakach. Trzeba dodać, że byłem trzeźwy - szliśmy na ostatnie moje tonkatsu. Mam więc nauczkę - nigdy nie śpieszyć się do tonkatsu ;) 

czwartek, 26 stycznia 2012

homu

Od jakiegoś czasu monitoruję rynek nieruchomości we Wrocławiu szukając sobie jakieś przytulnego gniazdka. Jako, że tymczasowe lokum już mam nie pali mi się zbytnio grunt pod nogami ale mam wrażenie, że ludzie wynajmujący mieszkania mentalnie tkwią jeszcze w PRLu. Wiem że Wrocław to miasto studenckie i student zdemoluje wszystko ale są pewne granice.

Są cztery kategorie mieszkań. 

1. Mordownie, ciemne piwnice, itd  - nawet psa bym tam nie zakwaterował. Że też ludzie nie mają wstydu wystawiać takie ogłoszenia. 

2. Niezłe mieszkania umeblowane meblami po prababci. Nie było by w tym nic złego, gdyby były to stare dębowe meble. Ale nie. Mieszkanie nowe, za ciężkie pieniądze a w środku stary zarwany tapczan, dwa rozlatujące się taborety i kuchnia pamiętająca czasy głębokiej komuny. Drodzy wynajmujący - skoro już zadłużyliście się na całe swoje życie kupując chatę na kredyt to chociaż szarpnijcie się na normalne meble - mogą być tanie - z Ikei. Odrobina kreatywności i można całkiem przyzwoicie urządzić każde mieszkanie.


Nie dajcie się zmylić - te dwa zdjęcia pochodzą z jednego mieszkania. Na plus trzeba zaliczyć ładne kwiatki na stole, fotel w którym można zapalić fajkę i opowiadać wnukom historię swojego życia oraz bardzo umiejętnie dobrane zasłonki do koloru wersalki.  

3. Mieszkania urządzone względnie nowocześnie ale przez kogoś kto gustem pochwalić się ewidentnie nie może. Ostre kolory, ściany w ciapki, paski i inne przyprawiające o obłęd wzorki oraz meble wybrane na zasadzie co popadnie - bez ładu i składu. Chaos kompletny.


Doskonały przykład. Ściany zielone, meble - każdy z innego zestawu a na deser fioletowa kiecka zwisająca z sufitu. Mieszkanie dla psychopaty albo daltonisty. Duży plus za choinkę. Będzie jak znalazł na przyszłoroczne święta. 

4. Normalne mieszkania - czyste, urządzone z gustem. Wbrew pozorom tych jest sporo. Trzeba tylko przebrnąć przez setki beznadziejnych ogłoszeń. Należy być jednak czujnym. To co wygląda pięknie na zdjęciu nie zawsze jest piękne w rzeczywistości. Pośrednicy dobrze wiedzą jak robić zdjęcia by pokazać mieszkanie z jak najlepszej strony. Warto dobrze przyglądać się zdjęciom - czasem drobny detal zdradza misterny plan ukrycia czegoś przed oczami najemcy i cała mistyfikacja wychodzi na jaw :)

Oczywiście każde mieszkanie jest idealne. Czegoż to ludzie nie wypisują - mieszkanie na totalnym zadupiu, dookoła tylko pola i mokradła a oferta brzmi jak by mieszkanie znajdowało się w samym centrum Wrocławia. Albo ostatni hit na rynku nieruchomości - świeżo kupione i wystawione do najmu mieszkania tuz przy autostradowej obwodnicy - normalnie brać w ciemno - oczywiście w ogłoszeniu ani słowa, że okna otwierają się na 6-cio pasmową autostradę :)

Samo mieszkanie to nie wszystko. Trzeba jeszcze zmiarkować czy właściciel nie jest psychopatą. Z właścicielką mojego poprzedniego mieszkania przez dwa lata najmu widziałem się może ze trzy razy. Raz jak podpisywałem umowę, drugi raz jak ją przedłużałem na kolejny rok a trzeci raz jak się z nią rozstawałem. Prawdziwy wzór. Bywają jednak oszołomy sprawdzające co tydzień czy mieszkanie nadal stoi, zaglądający do mieszkania pod nieobecność najemcy, nachodzący i dzwoniący o najbardziej niespodziewanych porach. Trzeba być czujnym, bo potem trzeba się z takim typem użerać.

Już nie mogę się doczekać....

środa, 25 stycznia 2012

Fiji #5

Ufff...ostatni post o Fiji :) Tym razem trochę o pozostałych aktywnościach - a trochę mimo wszystko się tam dzieje. Przez pierwsze dni zrywałem się dość wcześnie z wyra (przed 7 rano). Ot choćby po to by zdążyć na małą wycieczkę w góry:







Przy przedzieraniu się przez wysokie jak ja trawsko, przezornie puściłem przed sobą dwie australijskie panny - ściągały na siebie wszystkie pajęczyny, hehe.


Pająki były niczego sobie - ten - potulny jak baranek - niejadowity ;)



W samym resorcie też sporo się działo. Ot - np. instrukcja obsługi kokosa. Dobrze wiedzieć kiedy nie należy siedzieć pod palmą pełną kokosów (zielone same nie spadają, brązowe - dojrzałe - już tak ;) ), gdzie kokos ma najsłabszy punkt, jak dobrać się do niego kilkoma prostymi uderzeniami oraz jak zrobić kokosowe chipsy (pycha, smażone na głębokim oleju i podane z sosem chili). Mieszkańcy Fidżi nazywają palmę kokosową drzewem życia. Robią z niej absolutnie wszystko. Z pni stawiają konstrukcje budynków z liści robią dachy, wyplatają maty i kosze (wyplatanie koszy było swoją drogą również innego dnia pokazane - każdy mógł sobie coś tam wypleść) a orzechy oczywiście jedzą (pod przeróżnymi postaciami).

Częstym gościem w resorcie była Teresa - znana z umiejętności wyplatania koszy, przygotowywania wspaniałych placków i herbaty oraz zamiłowania do plotek. Jeśli chcecie wiedzieć co się dzieje we wiosce - Teresa wie wszystko ;) Swoją drogą - popołudniowa herbatka jaką nam przygotowała była klasą samą w sobie. Kilka świeżo zerwanych liści z drzewa lemonkowego (lemon tree - nie wiem jak to inaczej przetłumaczyć ;) ) wystarczyło by zrobić pyszną herbatę. Do tego świeżo wypiekane placki kokosowe. Mniam :)






Wieczorami również działo się sporo. A to odwiedzili nas wioskowi artyści...



...a to znów zostaliśmy zaszczyceni wizytą wioskowego chóru :)



Zmęczeni wszelakimi występami artystycznymi mogliśmy zrelaksować się albo grając z siatkówkę z lokalnymi typami (wyjątkowo wyrośniętymi), oglądając film na ekranie rozwieszonym wprost między palmami...


...albo balując przy ognisku na plaży.



Dla spragnionych emocji można było wybrać się na nurkowanie z rekinami. Jako, że nurkować nie potrafię (a raczej nie potrafiłem) w zamian wybrałem się na szybki kurs nurkowania. Było trochę jak w szkole, bo najpierw trzeba było nasłuchać się nudnej teorii ale potem było już tylko krótkie ćwiczenie wszystkiego pod wodą i już można było się spokojnie wybrać na małą podwodną wycieczkę dookoła pobliskiej rafy. Gdyby komuś było mało to zawsze można wybrać się na ryby z lokalnymi rybakami. Ryby łowi się z łodzi rzucając żyłkę z przynętą wprost do wody - żadnych tam wymyślnych wędek, itd... Osobiście widziałem dzieci polujące na ryby jedynie przy pomocy zaostrzonego kija :) Do dyspozycji są również kajaki więc przy odrobinie samozapału można pozwiedzać trochę okolicę na własną rękę.


Przez pierwsze 5 dni w zasadzie nie miałem chwili, żeby spokojnie wywalić się na hamaku i nie patrząc na zegarek oddać się słodkiemu lenistwu. Ciągle coś się dzieje i trzeba pilnować zegarka, by niczego ciekawego nie przegapić. Dopiero ostatnie dwa dni mogłem spokojnie poświęcić na bezmyślne wpatrywanie się w horyzont i połykanie kolejnych stron kupionego na Naricie Shoguna ;)

I to by było w zasadzie na tyle. Pozostaje mi jedynie pożegnać się z Fidżi tradycyjną fidżyjską piosenką pożegnalną ;)




Fidżi polecam i będę polecał zdecydowanie. Tak samo jak resort w którym byłem (Blue Lagoon Beach Resort lub jego bliźniak na innej wyspie - Octopus Resort - w tym drugim nie byłem ale z opowieści słyszałem, że jest bardzo podobnie). Zdecydowanie...



Vinaka!


~~~

PS: Blue Lagoon Beach Resort zdobył właśnie pierwsze miejsce w rankingu Trip Advisor w kategorii "najlepszej okazji na Fidżi" :)