środa, 28 września 2011

benkyo suru

Zachciało mi się uczyć japońskiego. Tzn. zachciało mi się to jakoś tak ze dwa lata temu. Przez te dwa lata czegoś tam się nauczyłem (nie ucząc się kompletnie - po prostu chodziłem na zajęcia i udawałem że rozumiem o co kaman). W zeszłym roku psim swędem zaliczyłem najprostszy poziom JLPT i już myślałem, że to wystarczy gdy jeszcze w Polsce zaczęliśmy mieć zajęcia z native speakerem. To był pierwszy kubeł zimnej wody. To były najbardziej upokarzające lekcje na jakie miałem okazję uczęszczać. Po prostu siedzieliśmy i gapiliśmy się w sensei'a jak wół w malowane wrota nie rozumiejąc kompletnie co do nas mówi.

Drugi kubeł zimnej wody wylał się na moją głowę po przylocie do Japonii. Niby coś tam rozumiem co do mnie mówią (czasami, hehe) i umiem jakoś odpowiedzieć na proste pytania ale w większości przypadków po prostu stoję z rozdziawioną gębą i zastanawiam się czego ci biedni ludzie ode mnie chcą. Jak by tego było mało prędkość z jaką mówią Japończycy przypomina serię z karabinu maszynowego. Trrrrt...i już...potrójnie złożone zdanie poszło w świat a gaijin dopiero zdążył przetrawić pierwsze słowo...

Jak by mi było mało upokorzeń, zapisałem się na lekcje japońskiego tu na miejscu. Wskoczyłem od razu na drugi poziom zaawansowania więc trochę się obawiałem, że będę jedyną sierotą na zajęciach ale nie jest źle. Są gorsi ode mnie. Oczywiście cała klasa (jakieś 8 osób) siedzi jak na tureckim kazaniu a sensei dwoi się i troi by ta banda durni zrozumiała chociaż polecenia do zadań. Masakra. Mam tylko pół roku na naukę więc na cuda nie liczę ale mam tylko nadzieję, że w końcu się przełamię i zacznę sam z siebie mówić. To jest najgorszy moment w nauce każdego języka. Potem jest już z górki.

3 komentarze:

  1. super ze wziales sie do nauki. te pol roku moze byc krokiem milowym, zwlaszcza ze mieszkasz w japoni.
    powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. chyba jednak benkyou ;p

    OdpowiedzUsuń
  3. czepiasz się - pisałem przecież, że średnio uważałem za najęciach :P

    OdpowiedzUsuń