wtorek, 13 września 2011

souji

Jedną z rzeczy, za którymi nie przepadam jest kupowanie środków czystości. Prawdziwym koszmarem jest jednak robienie tego w Japonii. Jest to wyzwanie stopniem trudności porównywalne jedynie z lotem na księżyc. O ile w Europie i USA większość sklepowych półek zajmują dobrze znane nam globalne marki i robienie zakupów to formalność to tutaj wszystko oczywiście musi być postawione na głowie. W typowym sklepie sprzedającym chemię i kosmetyki nie znajdziecie żadnej (albo prawie żadnej - AXE ze zdjęcia jest wyjątkiem) znanej wam marki. Są za to same wynalazki na widok których dostaję gęsiej skórki. Kupno głupiej pasty do zębów czy żelu pod prysznic jest już nie lada wyzwaniem a to tak naprawdę dopiero początek.

W sklepie, w którym się zaopatruję w kosmetyki jest specjalny regał dla panów (chyba po to by się nie szwędali po sklepie) więc z kosmetykami nie ma problemu. Poziom trudności niewielki bo i wybór kosmetyków w miarę ubogi (damskich jest cały sklep więc panie mają gorzej :P ).  Poziom trudności jednak rośnie dramatycznie wraz z przesuwaniem się w kierunku bardziej niemęskich rejonów sklepu. Proszki do prania - dramat. Szczęśliwie udało mi się trafić i kupiłem coś co pierze i nie niszczy ubrań (i to wcale nie jest śmieszne). Reszta środków czyszczących - makabra. Japońskie gospodynie domowe zwinnie przewijają się między półkami i tylko z politowaniem patrzą na zdesperowanego gaijina gapiącego się w półki jak wół w malowane wrota. Na koniec idzie się do kasy nie do końca będąc pewnym, co tak na prawdę ma się w koszyku. Czujna obserwacja kasjerki pozwala ocenić czy kupiliśmy coś głupiego i zrobiliśmy z siebie kompletnego idiotę czy może tym razem uszło nam na sucho. Jeśli istnieje piekło to urządzone jest na wzór japońskiego sklepu z chemią...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz