poniedziałek, 19 września 2011

love hoteru

Mam wątpliwości ale chyba jednak...mam po sąsiedzku love hotel. Przechodziłem obok niego wielokrotnie ale dopiero teraz wzbudził moje podejrzenia (zwłaszcza szyld...). No, no - kto by pomyślał :)

Love hotel to typowo japoński (czyt. praktyczny - zrodzony z czystej ludzkiej potrzeby) wynalazek. Jeśli ucieknie nam ostatni pociąg to można się w nim zdrzemnąć ale większość klientów (a raczej par) korzysta z tańszej opcji wypoczynku (tak to się ładnie nazywa w cenniku) na godzinkę lub dwie. Z resztą kiepsko się śpi jak wszędzie (na ścianach i czasami na suficie) zamontowane są lustra, LOL.

Japończycy, w naszym europejskim mniemaniu, bywają czasami dziwakami ale trzeba im przyznać, że do perfekcji opanowali ułatwianie sobie życia. Człowiek ma różne nagłe potrzeby i zdecydowanie lepiej jest, przynajmniej niektóre z nich, zaspokajać w czystym pokoju niż w brudnej toalecie. Love hotele zapewniają do tego dyskrecję, bo bardzo często nie ma się kontaktu z obsługą a klucze do pokoi wydaje automat. Tak sobie myślę, że w Polsce by to chyba nie przeszło. Jesteśmy jeszcze zbyt pruderyjni i wolimy udawać, że problem nie istnieje.

niedziela, 18 września 2011

Takao-san

Jest jedna rzecz, którą i Wrocław i Tokyo mają wspólne - góry godzinę drogi od centrum miasta. Daje to komfort zorganizowania wypadu w góry bez jakiegokolwiek wcześniejszego przygotowania. Ot, otwieram rano jedno oko, wyglądam za okno i jak jest ładna pogoda łapię plecak i znikam. Jedyna różnica między tu i tam jest taka, że tu (Tokyo) wsiadam w pociąg a tam gonię samochód, przez co w odróżnieniu od tu, tam po dojściu do celu nie mogę napić się zimnego browara ;)

Wracając do tematu - wyjrzałem rano za okno i wiedziałem że gdzieś muszę się ulotnić (od jutra ma padać a dzisiaj piękna słoneczna pogoda). Nie było czasu na planowanie, bo z wyra zerwałem się dość późno więc zapadła decyzja że odwiedzę starego znajomego - pana Takao (pozwolę sobie na taki drobny językowy żarcik). Godzinę później przedzierałem się już przez tłum niedzielnych turystów goniących na górę. Kolejną godzinę i jakieś 10 litrów potu później (30 stopniowy upał to nie jest najlepsza pogoda na dymanie pod dość stromą górę) popijałem zimne piwko i delektowałem się wyśmienitym widokiem na mojego niedawno poznanego znajomego - pana Fuji. Pan Fuji był dzisiaj lekko pochmurny :)

Można powiedzieć, że historia zatoczyła koło. Pana Fuji zobaczyłem po raz pierwszy na żywo właśnie tutaj, tyle że dwa lata temu. Wtedy to podjąłem decyzję, że mu nie odpuszczę i choćbym miał tu jeszcze raz przyjechać w końcu legnie u moich stóp. Wtedy jeszcze był groźną górą, teraz jest już potulny jak baranek ;)



Po drodze spotkałem w 100% japońską rodzinę z dzieckiem. Nic specjalnego - w takim miejscu to normalne. Może poza koszulką z napisem "Dzięki" w jaką ubrany był dzieciak. Najpierw myślałem, że się przewidziałem ale nie. Nie było mowy o pomyłce. Zdjęcia nie zrobiłem bo szli z przeciwnego kierunku i jak pozbierałem szczękę z ziemi to byli już za mną.

~~~ 

UPDATE: Po powrocie i napisaniu posta wyruszyłem na wieczorną wycieczkę po Tokyo ze statywem pod pachą w nadziei na zrobienie fajnych nocnych zdjęć. Z planu gówno będzie, bo jakiś samolubny dupek znów rzucił się pod pociąg na linii Yamanote. Cała linia stoi. 15 minut spędziłem na peronie, drugie 15 w kolejce do wyjścia (bo bramki nie wypuszczają na tej samej stacji na której się weszło i trzeba iść do gościa w okienku, żeby wypuścił ze stacji). Co jest takiego w tej linii, że wszyscy samobójcy sobie ją upatrzyli? Jest przecież tyle fajnych mostów w Tokyo...

sobota, 17 września 2011

nengappi

Jadąc do Japonii podróżujemy nie tylko w przestrzeni ale i w czasie. Dostałem z banku pokwitowanie przelewu i zdurniałem. Data wykonania przelewu to 23 rok 9 miesiąc i 9 dzień. Dzień i miesiąc się zgadzał ale rok? WTF!? Na szczęście wszystko się wyjaśniło. W ramach utrudniania życia sobie i obcokrajowcom Japonia żyje według dwóch kalendarzy. Jednego - gregoriańskiego - znanego na całym świecie i drugiego opartego na latach panowania obecnego Cesarza. Wspaniały pomysł. Ponoć bardziej pokręcony jest tylko sposób w jaki Koreańczycy liczą swój wiek...

Ceny operacji bankowych też mają niezłe. 660 jenów (co daje jakieś 26zł) za przelew to dość wysoka opłata...

czwartek, 15 września 2011

sakana

Ryba rybę rybą pogania. Wspaniała rybna wyżerka. Musicie mi uwierzyć na słowo - smakowało zdecydowanie lepiej niż wyglądało :)



wtorek, 13 września 2011

souji

Jedną z rzeczy, za którymi nie przepadam jest kupowanie środków czystości. Prawdziwym koszmarem jest jednak robienie tego w Japonii. Jest to wyzwanie stopniem trudności porównywalne jedynie z lotem na księżyc. O ile w Europie i USA większość sklepowych półek zajmują dobrze znane nam globalne marki i robienie zakupów to formalność to tutaj wszystko oczywiście musi być postawione na głowie. W typowym sklepie sprzedającym chemię i kosmetyki nie znajdziecie żadnej (albo prawie żadnej - AXE ze zdjęcia jest wyjątkiem) znanej wam marki. Są za to same wynalazki na widok których dostaję gęsiej skórki. Kupno głupiej pasty do zębów czy żelu pod prysznic jest już nie lada wyzwaniem a to tak naprawdę dopiero początek.

W sklepie, w którym się zaopatruję w kosmetyki jest specjalny regał dla panów (chyba po to by się nie szwędali po sklepie) więc z kosmetykami nie ma problemu. Poziom trudności niewielki bo i wybór kosmetyków w miarę ubogi (damskich jest cały sklep więc panie mają gorzej :P ).  Poziom trudności jednak rośnie dramatycznie wraz z przesuwaniem się w kierunku bardziej niemęskich rejonów sklepu. Proszki do prania - dramat. Szczęśliwie udało mi się trafić i kupiłem coś co pierze i nie niszczy ubrań (i to wcale nie jest śmieszne). Reszta środków czyszczących - makabra. Japońskie gospodynie domowe zwinnie przewijają się między półkami i tylko z politowaniem patrzą na zdesperowanego gaijina gapiącego się w półki jak wół w malowane wrota. Na koniec idzie się do kasy nie do końca będąc pewnym, co tak na prawdę ma się w koszyku. Czujna obserwacja kasjerki pozwala ocenić czy kupiliśmy coś głupiego i zrobiliśmy z siebie kompletnego idiotę czy może tym razem uszło nam na sucho. Jeśli istnieje piekło to urządzone jest na wzór japońskiego sklepu z chemią...

poniedziałek, 12 września 2011

kankou

Jako że nie mam ze sobą żadnego przewodnika "książkowego" wszystko o czym ostatnio pisałem zawdzięczam między innymi kilku stronom WWW, bez zajrzenia na które w tej chwili nie ruszam się nigdzie.

1. Pierwsza to Japan Guide. Prosta, przejrzysta i jednocześnie zawierająca wszystkie najważniejsze informacje. Od tego zazwyczaj zaczynam planować wszystkie wypady. Najpierw szukam, co ciekawego można zobaczyć a potem ewentualnie doszukuję sobie w internecie więcej na dany temat. Na koniec sprawdzam wskazówki dojazdu (dość rzetelne i aktualne swoją drogą) i jeśli mam zamiar jechać pociągiem to przechodzę do punktu 2. :)

2. Druga strona bez której nigdzie się nie ruszam to Hyperdia. To najlepsza strona jaką udało mi się znaleźć służąca do planowania podróży pociągiem. Jak do tej pory wszystkie wyszukane i wybrane połączenia zgadzały się w 100% (a serwis wyszukuje i łączy w jedną podróż  pociągi różnych firm). Doprowadzi was do najmniejszej dziury, do której dojeżdża pociąg. Przykład? Powiedzmy, że chcę znaleźć przykładowy pociąg do Mitake.

Jeżeli nie wyjeżdżam poza szeroko rozumianą tokijską aglomerację to nie ruszam się bez dwóch rzeczy: pierwsza to mapa pociągów/metra a druga to karta Suica dzięki której mogę podróżować bez potrzeby kupowania biletów. Karta jest zwykłym prepaidem który ładuje się dowolną kwotą a potem tylko odbija się przy wejściu/wyjściu ze stacji co automatycznie powoduje, że z konta pobierana jest odpowiednia kwota. Dzięki temu wystarczy "wsiąść do pociągu byle jakiego" i pojechać gdzie fantazja poniesie bez potrzeby martwienia się o bilety, przesiadki, itd....Wspaniałe, prawda?


Mapę w wysokiej rozdzielczości znajdziecie również tutaj. Sama mapa służy mi również jako plan awaryjny. Często się zdarza, że łażę po Tokyo zupełnie w nieznane. Jak już się kompletnie zgubię, odnajduję najbliższą stację metra/kolejki, potem odnajduję ją na mapie i wracam do centrum. Genialny wynalazek :)

Na koniec mała dygresja. Pociągi w Tokyo służą dwóm celom. Pierwszy to podróżowanie a drugi to popełnianie samobójstw. Ten drugi wbrew pozorom nie jest tak rzadko spotykany i Japończycy do perfekcji opanowali metody powiadamiania o takich wypadkach. Ostatnio linia Yamanote zanotowała dość duże opóźnienia. Powodem była (tłumaczenie dosłowne z oficjalnych komunikatów) przeszkoda na torach (ang. track obstacle). Opóźnienia były zapewne spowodowane koniecznością sprowadzenia do owej przeszkody prokuratora, coby stwierdził czy przeszkoda sama wskoczyła na tory, czy może jednak ktoś jej w tym pomógł. Ciekawe też czy rodzina przeszkody, starym zwyczajem, zostanie obciążona kosztami opóźnień na jednej z najważniejszych linii kolejowych w Tokyo...Oczywiście nikt o tym nie mówi wprost. To swoiste tabu...

~~~

Na deser wycieczka linią Yamanote dookoła Tokyo: 



Gotanda to moja domowa stacja. Mieszkam od niej 5 minut spacerkiem ;)

sobota, 10 września 2011

umi

Chyba mnie nie polubicie za tego posta. W Polsce pewnie już czuć na plecach oddech jesieni a tutaj wciąż pełnia lata (dzisiaj było ponad 30 stopni). Długo się nie namyślałem zanim spakowałem plecak i wsiadłem w pociąg do Enoshimy. Godzina jazdy od Tokyo i można odetchnąć stęchłym morskim powietrzem wymieszanym z zapachem smażonych, wędzonych i grillowanych na ulicznych straganach owoców morza. Pogoda dopisała - Enoshimę zwiedziłem, zajrzałem do tamtejszego akwarium (naprawdę warto wydać 2000 jenów za wstęp - polecam obejrzeć film, który zamieściłem poniżej) a na koniec wywaliłem tyłek na plaży i wypluskałem się w ciepłym niczym zupa Pacyfiku. W pełni zasłużony wypoczynek po zmaganiach na Fuji. :)