czwartek, 8 września 2011

Fuji-san

Nie wiem od czego zacząć bo to był niesamowity wypad :)

Tak czy siak. wypadało by zacząć od przedstawienia przeciwnika. Oto Fuji-san. Wyrasta znikąd niczym wielki pryszcz. Robi przy tym piorunujące wrażenie, bo to prawie 4 kilometrowa góra pośrodku niczego.


W pracy ostrzegano mnie przed warunkami na górze - o tej porze roku może być nawet poniżej dziesięciu stopni (na plusie oczywiście). Takie to "trudne" warunki miałem rok temu w Bieszczadach, też we wrześniu, więc jakoś specjalnie się nie przeraziłem. W japońskich przewodnikach piszą nawet, że wspinaczka poza sezonem jest śmiertelnie niebezpieczna (sezon to lipiec i sierpień). Stąd miałem nawet (płonne jak się później okazało) nadzieje, że poza oficjalnym sezonem i do tego w środku tygodnia Fuji będzie trochę mniej obłożona turystami...

Szlaków, którymi można wejść na wulkan Fuji jest kilka ale tylko jeden przyciąga 99,99% wspinaczy (wspinaczy, hehe, dobre sobie). Szlak nosi nazwę Yoshidaguchi i jak wszystkie inne podzielony jest na 10 stacji (jedynka na samym dole, dziesiątka na na szczycie). Powyżej 5 stacji jest upstrzony prywatnymi "pensjonatami" (w bardzo duuużym uproszczeniu mówiąc - panują w nich fatalne warunki mieszkalno/sanitarne ;) Wszystko dlatego, że w okolice 5-6 stacji można dojechać zwykłym autobusem, więc tłumy ludzi wjeżdżają mniej więcej do połowy wysokości wulkanu, włażą od tego miejsca na górę a potem cwaniakują, że zdobyli szczyt. A guzik - nie zdobyli bo w połowie na niego wjechali. Prawdziwy sposób zdobywania Fuji to przejście dowolnego szlaku w całości - od 1 do 10 stacji.

Szukając informacji o szlaku natrafiłem właśnie na ten "tradycyjny" sposób wejścia na Fuji. Przed laty tak właśnie zdobywano górę. W przypadku szlaku Yoshidaguchi wyprawę rozpoczynano w Fuji Sengen Shrine (to tu faktycznie zaczyna się szlak mimo, że do pierwszej stacji jest jeszcze spory kawał), składając bóstwom ofiarę a w zamian oczekując ich przychylności podczas wejścia na górę. Dalej szło się poprzez wszystkie stacje aż na sam szczyt.

To było to czego szukałem. Owszem jest dużo dalej ale do 6 stacji na szlaku nie ma żywej duszy. Nikt (albo prawie) już tamtędy nie chadza (a jak chadza to zawsze grzecznie się ukłoni i powie konnichiwa - nawet gaijinowi :). Niestety, odkąd wszyscy wjeżdżają na górę autobusem, wszystkie sklepy, herbaciarnie, schroniska prawdopodobnie zbankrutowały i popadły w ruinę.

Zaczynamy więc tradycyjnie od wizyty w świątyni, składamy ofiarę (ja również złożyłem ofiarę w postaci stujenowej monety - bóstwa są mało wymagające, bo się chyba tym zadowoliły i pozwoliły mi na Fuji wejść) i wychodzimy na szlak wprost z terenu świątyni:




Potem jest dłuuugo, długo nic (co prawda pomiędzy świątynią a pierwszą stacją jest przybytek o nazwie Nakanochaya ale to nic specjalnego więc nie warto zajmować sobie nim głowy) i w końcu trafiamy na Torii po przekroczeniu której szlak zmierza w kierunku pierwszej stacji. Po drodze numeracja trochę się gubiła (zwłaszcza jeśli chodzi o "piątkę" - wcześniej są ruiny czegoś co wyglądało na "piątkę" a sam znak jest w zupełnie innym miejscu). Jednocześnie, początkowo bardzo łagodnie a następnie stopniowo co raz szybciej zaczynamy piąć się do góry.







Powyżej piątej stacji szlak "otwiera się" na masy autobusowych wspinaczy i od tej pory w zasadzie do końca wejścia na szczyt towarzyszy nam dziki tłum (japońskich turystów na dodatek). Mój plan zakładał dojście do 7 stacji - 2700 mnpm (tam miałem upatrzony nocleg), zjeść coś, przespać się kilka godzin i o północy ruszyć na szczyt tak aby dotrzeć w sam raz na wschód słońca. Nocleg miałem w chatce 'Hinode'. W środku bardzo tradycyjnie - pomieszczenie z paleniskiem po środku pokoju, maty tatami (na wstępie starsza pani uraczyła  mnie herbatą i kazała usiąść bliżej ognia :) ) i do tego pokoje "gościnne" gdzie były legowiska (bo łóżkami bym tego nie nazwał) dla gości. I tak było nieźle bo wszyscy leżeli równo obok siebie. W przypadku innych schronisk bywa różnie - czasem wąchamy czyjeś stopy, czasem zadek - zależy co się trafi ;)

(pozwolę sobie ukraść zdjęcia z ich strony WWW - nie chciałem im latać po chałupie z aparatem)



O północy pobudka i wymarsz w górę. Mapy pokazywały, że potrzeba 4 godzin na wejście na szczyt (i przez moment zastanawiałem się czy nie poczekać z wyjściem do pierwszej) ale okazało się, że zapasowa godzina jest jak najbardziej wskazana. Tak się składa, że większość z tych tłumów, która poprzedniego zjechała się autobusami wpadła na ten sam pomysł i w zasadzie do samego szczytu prowadził jeden wielki niekończący się pochód. Do tego szlak jest wąski, ciężko się maruderów wyprzedza i na dodatek cała kolejka co chwilę staje w miejscu (wystarczy, że jedna osoba się zatrzyma i wszyscy za nią stoją). Wszyscy uzbrojeni są w latarki/czołówki i z góry (film kręciłem patrząc w dół na wijący się szlak) wygląda to jak taniec godowy pijanych świetlików :P







Na szczycie niesamowicie wiało a do tego było pieruńsko zimno. O ile na dole panował (dzień wcześniej oczywiście) 30 stopniowy upał to na górze było zaledwie 3,5°C. Byłem co prawda na to przygotowany ale ciepłe ciuszki trzeba było wtargać ze sobą na górę.

Mimo wszystko, wszystkie te niedogodności, wynagradza show jaki czeka na nas na górze (jeśli oczywiście na niego zdążymy). Takiego wschodu słońca nie widziałem chyba nigdy. Po prostu szczęka opada i rozbija się o wulkaniczną glebę. Zobaczcie sami - po ciężkim wysiłku, nieprzespanej nocy i czekaniu na ten cholerny wschód słońca w koszmarnym zimnie takie widoki rekompensują wszystko - czysta esencja "Kraju Wschodzącego Słońca" :)





...i jeszcze film z właściwym wschodem słońca (okraszony zdjęciami i muzyką):




Na deser:

dowód, że naprawdę tam byłem


i kilka widoczków już po wschodzie słońca (w tym i krater samego wulkanu):




~~~~

W razie czego służę pomocą jak taką wyprawę zorganizować. Teraz idę odespać zarwaną nockę...

wtorek, 6 września 2011

kippu

Kupiłem sobie bilet. W związku z powyższym nie będzie mnie w Tokyo przez najbliższe dwa dni. Jeżeli w ciągu tych dwu dni wybuchnie wulkan Fuji to raczej już nie wrócę ;)



Do zobaczenia w czwartek wieczorem...

poniedziałek, 5 września 2011

turban

Dzisiejszą kolację zjadłem w Turbanie. Znaczy się nie ubrałem sikhijski turban tylko poszedłem do knajpki o takiej nazwie. Żarcie mają znośne ale jakiegoś specjalnego szału nie ma. Dostałem za to kupon na browar przy następnej wizycie i żal byłoby go nie zrealizować więc pewnie jeszcze się tam pojawię ;)

Japonia generalnie jest dobrym miejscem jeśli chodzi hinduskie jedzenie. Wrocław pod tym względem trochę kuleje. Kilka lat temu pojawiły się pierwsze hinduskie restauracje z prawdziwego zdarzenia (tj. prowadzone przez Hindusów z krwi i kości) ale wybór na razie jest mizerny. Tutaj wybór jest dość bogaty a do tego można w miarę bezpiecznie próbować różnych hinduskich wynalazków. Czemu bezpiecznie? Ano dlatego, że mimo wszystko, w odróżnieniu od tego co miałem okazję doświadczyć w Nepalu i Indiach, jest tu względnie czysto i higienicznie (choć polski Sanepid połowę knajp i tak by od razu zamknął). W Indiach i Nepalu żarcie było wyśmienite (z małym wyjątkiem - o tym ciut niżej) ale co z tego skoro większości dań strach było tknąć, bo wszystko co nie gotowane lub pieczone w wysokiej temperaturze jawiło się jako potencjalna trucizna. Nawet taki przysmak jak mango lassi musiał pozostać jedynie w sferze marzeń bo wypicie surowego jogurtu mogło zakończyć się tylko w jeden sposób...mango sraczką :)

~~~~~~

Skoro mowa o wyjątkach. Nie zawsze jedzenie w Nepalu było tak wyśmienite jak to serwowane w nepalskich restauracjach na całym świecie. Tak wyglądało nasze śniadanie (uwaga) wielkanocne w Himalajach:


Skład: 
  • tosty z cholera wie czego smażone na oleju pamiętającym czasy, w których tymi terenami władała brytyjska Królowa
  • pomidor i cebula wniesione na plecach tragarzy kilka tysięcy metrów w górę
  • jajko-pisanka mojego autorstwa - zajęła drugie miejsce w konkursie na pisankę a musicie wiedzieć, że jury było bardzo wymagające. Jaja oceniali nasi nepalscy przewodnicy. Drogę na podium utorowałem sobie doskonałymi napisami po nepalsku (i co z tego, że przepisałem to z jakiegoś banknotu i jajo było prawnym środkiem płatniczym wydanym przez Bank Nepalu, haha, liczy się efekt)
  • kawałek starego chleba z Polski, który ktoś przemycił w góry - mimo że na pewno był dawno po terminie przydatności do spożycia to smakował jak nigdy
  • kabanos z Polski - po dwóch tygodniach podróży tak suchy, że szło sobie nim wybić zęby...
  • czekoladopodobny króliczek
Tak żywiliśmy się przez całe dwa tygodnie spędzone w górach i śniadanie wielkanocne nie było wyjątkiem (no może poza czekoladowym zajączkiem). Dopiero po powrocie do Kathmandu mogliśmy zjeść coś normalnego. Po takich "delikatesach" nawet najgorsze żarcie jawi się niczym wykwintne danie.

Skoro już jesteśmy w temacie gór, to w środę i czwartek zapowiada się niezła pogoda...może by tak wziąć urlop i skoczyć na Fuji?.... ;)

sobota, 3 września 2011

rojoseikatsusha

Włócząc się po Tokyo (choć to pewnie ogólnonarodowy problem) nie sposób nie natknąć się na bezdomnych. Są wszędzie - w większości parków, koczują pod mostami, wiaduktami i estakadami. Ich dom to kartonowe pudło (wersja najuboższa), zwykły namiot (bezdomna klasa średnia) i na końcu wypasiony namiot z twardego brezentu, z normalnymi drzwiami i innymi luksusami jak buda dla (bezdomnego?) psa (a to już prawdziwa elita). Bezdomni są na całym świecie ale ze wszystkim miejsc, w których byłem to jedyne miejsce gdzie są tak widoczni. Bywam tu od 4 lat i w zasadzie nic się w tej materii nie zmienia. Tak jak koczowali w swoich "ulubionych" miejscach 4 lata temu tak koczują i teraz. Japończycy wydają się ich nie zauważać - spacerują sobie w najlepsze po parkach jak gdyby całe bezdomne miasteczka po prostu nie istniały. Nikogo nie razi widok suszących się na sznurku gaci w jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic drapaczy chmur - Shinjuku.




Gdzieś w internecie znalazłem takie zdanie:

"Japonia jest wspaniałym krajem jeśli jesteś bogaty, ale jest piekłem dla ludzi biednych i odmieńców"

Nie trudno się z tym nie zgodzić. Nie ważne, co się mówi - Japonia rajem na ziemi nie jest. Większość z nas (do pewnego momentu ja również) wiedzę o Japonii czerpie z kolorowych pisemek i programów TV. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Nikt mi nie wmówi już, że są kraje gdzie nie ma żadnych problemów. Coś takiego nie istnieje. To iluzja.

ramen

Czy może być coś lepszego niż ramen? Tak! Kimchi ramen! Mniam, pałeczki lizać :P


Przy okazji zanabyłem deskę do prasowania. W końcu mogę się wyprasować jak człowiek....no może prawie jak człowiek bo deska rozkłada się na wysokość jakiś 20 cm, więc czeka mnie prasowanie na kolanach.

piątek, 2 września 2011

biru

Nie, to nie Tokyo Disneyland. To budynek gdzieś w centrum Tokyo, przy rzece Meguro. Przechodziłem obok niego wielokrotnie ale dopiero teraz ta maszkara zwróciła na siebie moją uwagę. Do kompletu brakuje jedynie księżniczki (oczywiście japońskiej - najlepiej w stroju japońskiej lolity) machającej do mnie gdzieś z wieży. Smok też by się przydał. Ostatecznie może być Godzilla :D


Co projektant miał na myśli? Nie wiem. Na pewno w dzieciństwie naoglądał się zbyt wielu bajek. Powinni go uwięzić w jednej z tych wież - tak prewencyjnie aby już więcej takiej zbrodni nigdzie indziej nie popełnił.


 P a s k u d a !


czwartek, 1 września 2011

taifuu

Pogoda pokrzyżowała mi plany. W weekend miałem zdobywać Fuji-san a tu zapowiada się niezła pogodowa dupówa. Nadciąga tajfun i z wypadu w góry raczej nic nie będzie. Aż takim desperatem nie jestem.

Nie byłem niestety na to przygotowany bo liczyłem na to, że ten cholerny tajfun mimo wszystko ominie Japonię. Teraz na szybko przeglądam, co tu można w miarę blisko (w ciągu jednego dnia) zobaczyć. W sobotę ma najmocniej padać więc prawdopodobnie poza Tokyo nie wyjadę. Na niedzielę wybór padł na Nikkō - daleko nie jest a i pogoda ma się już poprawić. Fuji musi poczekać.

Na grafice obok bydlak, który pokrzyżował mi plany. Z chęcią nakopałbym mu do...oka :]